1. Skip to Menu
  2. Skip to Content
  3. Skip to Footer

Urzekło mnie to wyrzeczenie się wszystkiego...

Rozmowa z s. Teresą Mroczek

- Siostro Tereso, wiemy, że jest Siostra doświadczoną misjonarką. Składa się na to nie tylko ilość lat przeżytych w Rwandzie i Kongo, ale i ich jakość. Jak z perspektywy tego czasu widzi Siostra swoje powołanie? Za co najbardziej dziękuje Panu Bogu?

- Oczywiście najbardziej dziękuję Bogu za łaskę powołania zakonnego, a w nim misyjnego. W okresie szkoły średniej szukałam wielkich ideałów. Nie wiedziałam, co to może być. Poszukiwałam... Lubiłam też zabawy, towarzystwo, ale to nie dawało mi prawdziwego szczęścia. Pewnego razu usłyszałam w kościele, że "zakonnica z miłości dla Pana Boga wyrzeka się wszystkiego - rodzinnego ciepła, nawet chusteczka do nosa nie jest jej własnością".

Urzekło mnie to wyrzeczenie się wszystkiego z miłości do Boga. To było moje "zwiastowanie". Już nie miałam wątpliwości odnośnie wyboru drogi zakonnej. Nie wyobrażałam siebie w czarnym habicie, a wtedy nie znałam ukrytej formy zakonności, ani nie słyszałam o ojcu Honoracie. Dużo modliłam się, zwłaszcza do św. Tereni. Po prostu jej mówiłam: "Ty byłaś w zakonie, więc zrób coś, żebym i ja była". Po okresie modlitwy, kiedy wewnętrznie zgodziłam się na szary urszuliński habit, to wtedy właśnie miałam możliwość spotkanie się z siostrą niehabitową z Mariówki. Okazało się to opatrznościowe! Znalazłam się na swoim miejscu! Do dziś dziękuję Bogu i św. Tereni. Domyślam się, że ona też - jako patronka misji - obdarowała mnie powołaniem misyjnym.
W Afryce jestem już 30 lat - w Rwandzie 19 lat i 11 w Kongo.

- Wiemy, że Siostra przeżyła wiele trudnych momentów na swojej misyjnej drodze, n p. podczas wojny w Rwandzie w 1994 r., a potem w Kongo od 1998r. do 2005r. Jak Siostra wspomina te chwile?

- To były naprawdę trudne chwile, w których trzeba było szybko podejmować decyzje i działać. Pamiętam, jak przewoziłyśmy w samochodzie (przez granicę) schowane wśród paczek dwie siostry Rwandyjki plemienia Hutu. Trzeba było je wywieźć do Polski, ponieważ były w niebezpieczeństwie życia. Jechałyśmy dwoma samochodami. Nasze siostry były ukryte w dużej bagażówce. Na granicy przyszedł celnik, aby skontrolować nasze bagaże, ale jednocześnie prosił o produkty żywnościowe. Obiecałam, że mu przygotuję i szybko poszłam do drugiego samochodu szukając czegokolwiek w torbach. Nie mogłam przecież otworzyć tego samochodu z siostrami. Udało się. Otrzymał pudło z zupami w proszku oraz dużą czekoladę i odszedł zadowolony. Za chwilę przyszło trzech celników i rozkazali, aby otworzyć właśnie ten mały samochód. A tam było pusto. Bogu dzięki.
Inna sytuacja, którą wspominam z Kongo. Byłam trzy razy napadnięta przez żołnierzy. Dwa razy w naszym domu, trzeci raz w podróży. Zostałam związana sznurami i mocno obita, a do szyi przystawiono mi karabin. Wtedy już przygotowywałam się na spotkanie z Panem. Ale On darował mi życie, a ja z kolei - dzięki Jego mocy i łasce - darowuję przebaczenie.

- Obecnie, mimo skończonej wojny, na pewno każdy dzień niesie ze sobą jakąś trudną niespodziankę, ale także chwile miłe. Czy w programie dnia mają siostry możliwość, żeby tymi doświadczeniami dzielić się i otrzymywać duchowe wzmocnienie? Jak to jest na Waszej placówce?

- Oficjalnie wojna skończyła się. Od trzech lat nie słyszymy nocnej strzelaniny, ale obok nas ludzie cierpią. A my jesteśmy z nimi. Są jednak miłe chwile, n p. odwiedziny sąsiadów, przyjaciół, władz miejscowych - nawet Króla. Wieczorem dzielimy się wydarzeniami dnia - każda ze swojego odcinka pracy. To są nasze codzienne "wiadomości TV". Program taki zostaje nam dany "z Góry", ponieważ o godz. 18.00 robi się wszędzie ciemno i nikt nie ośmiela się w tym czasie wyjść na zewnątrz. Goście odwiedzają nas czasami w ciągu dnia. Przeżycia wojenne zostawiły w nas taki ślad, że staramy się o tej godzinie być w domu. Oczywiście za wyjątkiem transferu chorych do szpitala. Takie wspólne dzielenie się radościami i trudnościami jednoczy nas i umacnia duchowo.

- W tej chwili jest Siostra na przedłużonych wakacjach. Plany musiały ulec zmianie. Czy miała Siostra jakieś konkretne swoje pragnienia w związku z tym trzymiesięcznym pobytem w Ojczyźnie?

- Plany? Wiedziałam tylko, że powinnam pojechać do Kliniki Medycyny Tropikalnej w Gdyni na okresowe badania. Dalszy ciąg mojego pobytu był podyktowany sytuacją zdrowotną. Zatem z konieczności musiałam poodwiedzać lekarzy, zwłaszcza od serca... Byłam też na rekolekcjach, odpoczywałam nad morzem i w Ciechocinku, a w ogóle ten przedłużony czas pobytu w Polsce i wszystko, co spotkałam - to dla mnie duże "cadeau" (prezent) od Pana Boga.
Dodam, że my jesteśmy przyzwyczajone do przyjmowania różnych niespodzianek i do czekania. Obecnie, gdzieś od około pięciu lat, są telefony, które nam bardzo ułatwiają życie. Wcześniej po prostu czekałyśmy i przyjmowałyśmy wszystko, co przynosił dzień w różnych wydarzeniach.

- Bóg zatem ma swój program "wydarzeniowy", którym nas prowadzi. Osoba młoda ma zwykle dużo inicjatyw, a siły fizyczne pomagają w ich realizacji. Kiedy jednak coraz bardziej ciało "spala się" dla Ewangelii, wtedy człowiek otrzymuje inną moc. O niej powiedział Jezus do św. Pawła: "moc w słabości się doskonali". Co Siostra na to?

- Tak po prostu jest. Gdy słabniemy, wtedy dajemy więcej miejsca na Boską inicjatywę, by On mógł działać tak, jak chce. Takiego zaufania uczymy się przez całe życie. A ja - z taką kondycją serca, jaką mam obecnie - pragnę nadal wpisywać swoje życie w rozwijający się młody Kościół Afrykański i tak dojrzewać do całkowitego daru z siebie.

- Dlatego życzę kochanej Siostrze jak najlepszych wyników z tej "nauki" dla siebie osobiście i dla tych, wobec których daje Siostra świadectwo zawierzenia Bogu i ciągle młodego duchem zaangażowania w służbę bliźnim. Niech nadal moc Boża objawia się poprzez Siostrę pośród naszych Czarnych Braci!

Rozmawiała s. Krystyna Lemańska

Go to Top